Przez ostatnie miesiące intensywnie pracowałem nad przekształceniem Cargoklik w firmę, która nie tylko dostarcza usługę logistyczną, ale transformuje sposób działania całej branży budowlanej.
W tym procesie pojawił się naturalny krok: delegowanie odpowiedzialności. Zatrudniłem dwie menedżerki – Alicję i Joannę. Każda z nich miała przynieść nową jakość, świeże spojrzenie i odciążyć mnie, bym mógł skupić się na strategii, partnerstwach i rozwoju produktów eksperckich.
Brzmiało jak idealny plan.
Nie wyszło.
Dlaczego?
Bo choć miałem dobre intencje, to oddałem odpowiedzialność za coś, co nie było jeszcze gotowe na oddanie:
W efekcie menedżerowie zamiast prowadzić ludzi, stali się przedłużeniem mojej ręki. Zamiast mnie odciążyć – potrzebowali mnie codziennie.
Nie dlatego, że nie byli kompetentni.
Tylko dlatego, że to jeszcze nie był ten etap.
To była moja decyzja. I moja odpowiedzialność.
Nie będę udawał, że wszystko działało.
Nie zamierzam zrzucać winy na nikogo.
Bo to ja chciałem mieć więcej czasu, szybciej zbudować system i wejść w „tryb
właściciela”.
Tyle że to nie tak działa.
Transformacja firmy to nie Excel i prezentacja.
To codzienna obecność, trudne decyzje, czuwanie nad kulturą.
To nie moment na oddawanie dowodzenia, gdy załoga jeszcze nie wie, w jakim
kierunku płyniemy.
Czego się nauczyłem?
Co dalej?
Dziś wracam do zespołu.
Nie jako kontroler. Nie jako „ktoś, kto musi wszystko zrobić sam”.
Wracam jako lider, który ma świadomość, że firmę buduje się nie na slajdach, tylko
na sali operacyjnej.
Pracuję ramię w ramię z ludźmi.
Uczymy się wspólnie nowych standardów.
I znów zaczynamy od fundamentu: odpowiedzialność → zaufanie → działanie.
Bo firmę można oddać w zarządzanie tylko wtedy, gdy ma strukturę, cel i serce.
A to serce – póki co – wciąż bije we mnie.
